Po co nam powszechne wybory prezydenta?

Autor: Jerzy Przystawa
25.06.10 12:13

Katastrofa Smoleńska wskazała Jarosława Kaczyńskiego jako naturalnego kandydata na przyszłego prezydenta i dla wielu było rzeczą oczywistą, że jeśli Jarosław nie popełni jakichś rażących błędów, które, ewentualnie, przekreślą jego szanse, to ma on najlepsze widoki, aby przejąć schedę po Lechu.

Tak też od razu rozgrywać zaczęły sprawę media publiczne, które od początku nie dopuszczały cienia wątpliwości, że może być jeszcze jakiś inny kandydat, poza Kaczyńskim i Komorowskim. Kampania zaczęła się więc natychmiast, pomimo wszystkich obłudnych min i gestów, pomimo najdłuższej w historii żałoby narodowej i wszystkich nawoływań do zaniechania waśni, ogólnej zgody i nie prowadzenia kampanii. Notowania Jarosława Kaczyńskiego spadły, przejściowo, po „Wawelu”, który chyba musiał mu doradzić jakiś jego zdecydowany przeciwnik , bo ta decyzja natychmiast podzieliła Polaków i zmniejszyła znacząco liczbę tych, którzy gotowi byli jego kandydaturę poprzeć w wyborach. Wkrótce jednak pogodziliśmy się z rzeczywistością i wobec „nowego Kaczyńskiego” – oszczędnego w słowach i gestach, spokojnego i dostojnego „męża stanu w żałobie”, sprawa ta zeszła na dalszy plan i przestała odgrywać znaczącą rolę. 

 

Postawie tej dawali wyraz i wszyscy pozostali kandydaci, którzy prowadzili walkę bez wiary w zwycięstwo i, prawdę mówiąc, nie wiadomo po co? Rozumiem jeszcze Janusza Korwin-Mikkego, który sobie z polityki zrobił sport i rozrywkę i którego nikt nie jest w stanie traktować poważnie. Odniósł on niebywały „sukces”, pokonując Waldemara Pawlaka i zdobywając całe 2,6% głosów wyborców, ale kampania była tak bezbarwna, tak nudna, tak pozbawiona jakiejkolwiek sensownej propozycji politycznej, że sporo inteligentnych i wykształconych ludzi głosowało na JKM po prostu z czarnej rozpaczy! On przynajmniej mówił coś innego i konkretnego, pomijając już całą fantastyczność wielu jego pomysłów. Po co jednak i dlaczego startowali inni, około jednoprocentowi, kandydaci?
 

Moim zdaniem właściwą odpowiedzią na to pytanie jest narcyzm. Każdy polityk ma prawo pomylić się w rachubach i oceniać swoje szanse wyżej, niż na to pozwala racjonalny rachunek sił i środków. Kiedy jednak startuje się w wyborach i uzyskuje wynik w granicach jednego procenta, to oznacza całkowite rozminięcie się z polityczną rzeczywistością i brak kwalifikacji. Tak postępują ludzie, którzy zamiast trzeźwo oceniać sytuację społeczno-polityczną, ubierają elegancki garnitur i krawat, poprawiają makijaż, stają przed lustrem i zachwycają się swoją urodą, która powinna rzucić na kolana wyborców. Zakładają również błędnie , że samo pokazanie się w telewizji, nawet pomimo przegranej, stanowić będzie jakiś kapitał, który zaprocentuje w kolejnych wyborach, samorządowych lub parlamentarnych. Jest to nieporozumienie. Ludzie, którzy w dzień wolny od pracy, fatygują się do lokalu wyborczego, chcą głosować na kogoś, kto ma szansę wygrać, a nie po to, by tajnie i anonimowo, demonstrować jakąś postawę. Porażka ich kandydata jest dla nich poważnym zawodem i zniechęca do głosowania na niego w przyszłości. Dlatego na wyborach przegranych z kretesem nie da się zbudować ani przyszłej partii politycznej ani jakiegoś wpływowego ugrupowania.
 

Z takiej perspektywy największym przegranym tych wyborów jest Waldemar Pawlak i jego PSL z żałosnym wynikiem poniżej 2% głosów poparcia. Rezultat taki oznacza spadek jego znaczenia w koalicji rządzącej i być może także wyeliminowanie PSL z parlamentu w wyborach parlamentarnych 2011. Stanie się to widoczne już w jesiennych wyborach samorządowych. Warto przypomnieć, że w wyborach 2002 PSL zdobyła 333 mandaty wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, a więc 13,45% ogólnej liczby, co stanowiło ponad połowę łupu samorządowego wszystkich partii politycznych! W następnych wyborach ilość ta zmniejszyła się o 80 mandatów, ale PSL nadal bił pod tym względem wszystkie pozostałe partie polityczne razem wzięte. Śmiem twierdzić, że w październiku 2010 liczba ta znacząco spadnie i zasługę tego upadku Pawlak będzie mógł śmiało przypisać swojemu niewydarzonemu występowi w wyborach prezydenckich. Prawdę mówiąc, najlepsze co teraz może zrobić, to ustąpić z przywództwa w PSL i podać się do dymisji z rządu, aby ocalić te synekury, jakie są jeszcze do ocalenia. Tak musiałby postąpić polityk w każdej szanującej się demokracji, ale Polska, niestety, taką demokracją nie jest.
 

W tym kontekście zabawne wydają mi się gromkie fanfary wokół wyniku Grzegorza Napieralskiego i jego 14% poparcia. On sam, przystrojony i wygładzony, jak do obrazka w magazynie dla starszych pań, puszy się i nadyma, każąc nam podziwiać swoją urodę. W tym zachwycie umacniają go jego wczorajsi przeciwnicy, tak Komorowski, jak Kaczyński, umizgując się do jego 14%. Widocznie nie mają nic do zaoferowania tej połowie Polaków, która nie poszła głosować i uważają, że jedyny elektorat wart zachodu, to te 8%, które głosowały na SLD? To kiepskie kalkulacje, bo zyskując poparcie eseldowców można przypadkiem stracić część tych głosów, jakie padły na ich kandydatury w I turze i nie jest pewne, że opłaca się skórka za wyprawkę. Ale to ich zmartwienie. Dla mnie natomiast wynik wyborczy Napieralskiego świadczy przede wszystkim o tym, że partia, w jaką od 1989 roku przepoczwarzała się PZPR, nie jest już konieczna i może spokojnie udać się na zasłużony wypoczynek. Z jednej strony, po 21 latach, głęboko posunął się proces „odnowy biologicznej”, a z drugiej, dla byłych aparatczyków w sile wieku, lepsze warunki oferują już PO i PiS. Świadczy o tym nie tylko bicie w bębny z powodu poparcia, jakiego kandydaturze Komorowskiego udzielił Włodzimierz Cimoszewicz i powołanie Marka Belki na Prezesa NBP, ale także oświadczenie Jarosława Kaczyńskiego, który ogłosił, że o SLD nie należy już mówić „postkomuna”, tylko trzeba mówić „lewica”!
 

Obaj główni kandydaci prowadzili kampanię w taki sposób, jakby na zwycięstwie średnio im zależało i bez przekonania. Tę ambiwalencję łatwo zrozumieć. Jeśli wygra Kaczyński to pogłębi się pat ustrojowy, a szanse PiS na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych maleją, a razem z tym odsuwa się perspektywa realnej władzy politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Zwycięstwo Komorowskiego pozbawia Donalda Tuska alibi za niewywiązywanie się z obietnic wyborczych i zapewnień programowych, zmusza do przejęcia całej odpowiedzialności za państwo i jego nierozwiązywalne problemy. To nie jest perspektywa kusząca. Dla PO, wbrew bojowym okrzykom, korzystniejsze jest zwycięstwo wyborcze Kaczyńskiego. A to oznacza, że zapewne wygram butelkę wina, jaką na początku tej awantury postawiłem na Jarosława!


Natomiast ogólna lekcja, jakiej udzielają nam kolejne wybory prezydenckie, jest taka: powszechne wybory w scentralizowanym, upartyjnionym państwie (w partiokracji), to błąd konstrukcyjny i ustrojowy. Takie wybory miały jeszcze, od biedy, sens na początku, w roku 1990, ewentualnie jeszcze w 1995. Dzisiaj to już tylko balast i obciążenie. Jest to prosta konsekwencja stosowanej od 20 lat tzw. proporcjonalnej reprezentacji w wyborach do Sejmu. Chodzi o to, że wybory na listy partyjne zamykają scenę polityczną i uniemożliwiają wejście na nią osobowości nie koncesjonowanych partyjnie, nie związanych z taką czy inną partyjną koterią. Koszt wyborów prezydenckich jest ogromny, a w państwie upartyjnionym tak, jak Rzeczpospolita Polska, do niezbędnych funduszy nie ma dostępu nikt spoza partyjnego układu. To dlatego właśnie wynik wyborów prezydenckich był do przewidzenia zanim się jeszcze one zaczęły. Aby powszechne wybory prezydenckie miały sens konieczne jest otworzenie sceny publicznej, stworzenie warunków „rynkowej” – politycznej konkurencji dla ludzi, którzy posiadają kwalifikacje przywódcze i są w stanie, własnymi siłami, zbudować swoje zaplecze polityczne i zdobyć odpowiednie poparcie.
 

Toczy się dzisiaj, na marginesie wydarzeń i polityki, debata ustrojowa: system prezydencki, czy parlamentarno-gabinetowy? Wybory na listy partyjne czy jednomandatowe okręgi wyborcze? Kolejne wybory prezydenckie dowodzą, że najpierw trzeba zreformować system wyborczy do Sejmu. Dopiero potem warto się zastanawiać czy wybory prezydenckie powinny być wyborami powszechnymi.
 

Dla tych ważnych zagadnień ustrojowych nie znalazło się miejsce w pozorowanych debatach w czasie obecnej kampanii wyborczej. Kandydaci zignorowali Apel, jaki wystosowali do nich uczestnicy Konferencji w Suchej Beskidzkiej, wzywający ich do poparcia idei referendum na temat ordynacji wyborczej do Sejmu. Apel podpisało ponad 1000 osób, w tym wielu wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów powiatów, naukowców, lekarzy i po prostu obywateli (zob.www.jow.pl) Zignorowanie takiego apelu świadczy o tym, że tzw. klasa polityczna czuje się dobrze we własnym sosie i obywatele, nawet w czasie kampanii wyborczej, nie są jej do niczego potrzebni.

 

Wrocław, 24 czerwca 2010

Jerzy
2010-06-29 19:16
Drodzy Polemiści, Panom nie spodobała się moja krytyka wyborów prezydenckich, a w szczególności krytyka kandydatów "jednoprocentowych", a w szczególności mojego przyjaciela Kornela Morawieckiego. No, cóż, wybory to spektakl publiczny, prowadzony na koszt i za pieniądze podatników, a więc moje, i mam prawo przedstawić publicznie dlaczego nie podoba mi się użytek, jaki jest robiony z moich pieniędzy. Uważam, że każdy, kto startuje w wyborach powszechnych i uzyskuje 1 procent głosów poparcia lub mniej, jest człowiekiem, który nie do końca rozumie reguły spektaklu, w którym zgodził się być aktorem. Dlatego w krajach, w których obowiązuje JOW, wprowadza się obowiązek KAUCJI, którą muszą zapłacić kandydaci. Jeśli kandydat przekroczy 5% głosów poparcia, to kaucję dostaje z powrotem. Jeśli nie, to kaucja przepada. W ten sposób rozumne społeczeństwa uczą ludzi, którzy wybierają się na scenę publiczną roztropności i odpowiedzialności. Jeśli nie jesteś roztropny i odpowiedzialny, jeśli nie potrafisz ocenić skali poparcia twojej osoby, to płać! Dzięki temu w wyborach JOW na ogół nie ma tak wielu kandydatów, jak kandydatów na prezydenta w Polsce. Kornel Morawiecki dostał sporo darmowego (tzn. opłaconego przeze mnie i innych obywateli) czasu antenowego, w czasie którego mógł nagłośnić i poprzeć sprawę JOW. Niestety, z tej możliwości nie skorzystał, albo skorzystał w stopniu minimalnym.Zawiódł w ten sposób oczekiwania woJOWników, którzy z jego występem wiązali jakieś nadzieje. Ten zawód jest bardzo przykry i będzie miał konsekwencje długofalowe, zarówno dla samego Kornela Morawieckiego, jak i dla ludzi Solidarności Walczącej, którzy razem z nim przez lata działali, narażali się i współpracowali. Kornel Morawiecki często powołuje się na obowiązek mówienia prawdy. Dobrze byłoby więc, gdyby usłyszał parę słów prawdy od swoich przyjaciół i sojuszników, a nie tylko fałszywe poklepywania po plecach i zachętę do dalszych tego typu działań. Pozdrawiam, Jerzy Przystawa
Radoslaw
2010-06-30 14:56
Dzien dobry, Dziekuje za odpowiedz. Przyjaciel przyjacielowi zawsze moze powiedziec mocniejsze slowa. Od tego sa przyjaciele. Ja podchodze do postawy pana Kornela Morawieckiego jako zwykly obywatel i dla mnie zrobil cos zeby rozpropagaowac idee JOW. Czasami wystarczy jedno zdanie zeby zainteresowac sluchacza i skierowac go do naszej strony. Przyjaciel moze oceniac go duzo bardziej rygorystycznie i ustawiac poprzeczke wysoko ja nie bede bo nie startowalem w kampanii i nie wiem jak trudne moze byc przedostanie sie z taka informacja jak JOW w sposob komunikatywny w krotkich medialnych wystapieniach. Bronilem go wlasnie z pozycji zwyklego obywatela. Gdyby chcial startowac w nastepnych wyborach to znowu bede go wspieral chociazby przez mowienie moim znajomym o nim. Jesli chodzi zas o marnotrawienie pieniedzy podatnikow. Czy ilosc pracy wlozona w zebranie 100.000 podpisow nie uprawnia do pewnych poswiecen ze strony podatnikow na kampanie prezydencka? Chyba to jest najlepsza legitymizacja wydawania pieniedzy podatnikow skoro 100.000+ podpisalo sie pod jego kandydatura. Mysle ze ten argument marnotrawienia pieniedzy podatnikow jest bardzo slaby. Tak z ciekawosci ile bylo tego czasu antenowego, kiedy mogl mowic? Z checia bym sie dowiedzial bo dla mnie wydawalo sie ze mial go bardzo malo. Moge sie mylic bo moj dostep do mediow jest ograniczony (tvp1) bo tylko przez internet (mieszkam zagranica). Zgodze sie z porownaniem wyborow do spektaklu. Ale wlasnie dlatego ze jest to spektakl, naleza sie brawa dla osob ktore maja odwage wystawic sie na potencjalne posmiewisko zdobywajac mniej niz 1% poniewaz nie chca wystepowac w tym spektaklu zgodnie z regulami ktore faworyzuja partyjnych wodzow? Szczegolnie jesli te osoby popieraja publicznie wazne kwestie jak JOW. Ja tez sie nie godze z regulami tego spektaklu i dlatego nie zamierzam glosowac na zadnego kandydata w drugiej turze wyborow, a mam nadzieje ze w pierwszej turze przysporzylem mu przynajmniej kilka glosow bo chyba udalo mi sie przekonac kilku znajomych. Nie mieszkam w Wroclawiu, nie mieszkam w Polsce, moja ocena jest przez to niekoniecznie poprawna. Opiera sie przede wszystkim na publicznej deklaracji ze wspiera JOW i bardzo znikoma obecnoscia w glownych mediach. Moze ktos z JOW-u skontaktuje sie z Kornelem Morawieckim i sprobuje zrobic podsumowanie jak bardzo ten kandydat staral sie rozpropagowac idee JOW? pozdrowienia, Radoslaw Szymanek
Tadeusz,
2010-06-30 16:07
Niepisana umowa była jasna - my zbieramy podpisy, popieramy, a pan Kornel Morawiecki uszczknie oligarchom drobny ułamek czasu antenowego w TV i przeznaczy go na promocję JOW. Były głosy w Ruchu JOW, ze popieranie pana Kornela jest błędem, ze lepiej poprzeć silniejszego kandydata, a wówczas głos Ruchu bedzie bardziej słyszalny. Takie stanowisko prezentował inny lider Ruchu JOW, Janusz Sanocki. Przeważył autorytet prof. Przystawy. Zebralismy podpisy, tyle ile bylismy w stanie zebrac w ciągu kilku dni, przesłalismy do Wrocławia, wspieralismy kandydaturę tam gdzie mogliśmy, czyli głownie w internecie. Efekt mizerny 0,13 proc. głosów, ale my porównujemy ze Szczecinem, kolebką Solidarności, gdzie odsetek był mniejszy 0,12 proc. Więc może kilka głosów uciułaliśmy, w sumie dla ogólnego wyniku wyborów nie ma to wiekszego znaczenia. Pan Kornel natomiast zawiódł nas całkowicie juz podczas pierwszego publicznego wystąpienia w TV. Było oczywiste, ze nie zamierza promować idei JOW. Nie robimy z tego problemu i nie zamierzamy się z tym obnosić, ale jesli Pan twierdzi, ze krytyczna opinia prof. Przystawy jest nieuprawniona, to się Pan myli. Ruch JOW to nie tylko Wrocław, to cała Polska, mniej lub bardziej aktywna, w wielu miejscach uspiona, ale cały czas wpatrzona we Wrocław. Profesor czuje sie odpowiedzialny za Ruch, więc zajął stanowisko i sprawiedliwie ocenił, udowadniając ze amicus Plato, sed magis amica veritas. Szacunek dla Pana Profesora od wszystkich Koszalinian
albert/
2010-06-30 18:54
Nie bardzo wiem o czym my rozmawiamy.W końcowej wypowiedzi napisał Pan,....że jednak prawda jest lepsza.Tymczasem pisze Pan o niepisanych umowach,targach,kontraktach.Licytuje się Pan ilością zebranych podpisów.Billboard wynajęty w ruchliwym mjescu byłby lepszy,jeżeli sprawy istotne dla Polski rozpatrujemy w ten sposób.Zarówno Kornel Morawiecki jak również prof.Przystawa zasługują na najwyższe uznanie.Każdy z nich dostanie mój głos....bezinteresownie,ponieważ wiem,że próbują rozwiązać naistotniejsze nasze problemy.O JOW mimo,że nie jestem teraz aktywnym uczestnikiem pewnie wiem więcej od Pana i nigdy nie przyszło mi do głowy licytowanie się ile podpisów dla JOW zebrałem.Jestem w stanie zrozumieć zapał do pewnych idei i nawet takie postawy pochwalam ale prawda zawsze jest bardzo złożona i oprócz naprawienia tego braku systemowego jakim jest ordynacja wyborcza jest jeszcze kilka istotnych problemów które również wymagają naprawy.
Tadeusz,
2010-06-30 22:30
Nie licytuje sie o glosy dla pana Morawieckiego, bo sam przecież stwierdziłem, że było ich tak niewiele, ze nie ma o co kopii kruszyć. Natomiast o głosy na rzecz JOW będę sie licytował jak najbardziej i niniejszym to czynię w imieniu swoim i całej grupy JOW z Koszalina. Jeżeli nigdy nie przyszło Panu do głowy, aby licytowac sie o to, ile podpisów zebrał Pan za JOW, to znaczy, ze jest to sprawa, na której Panu mało zależy. Jeżeli uważa Pan, że JOW oszem, ale "jest jeszcze kilka innych problemów wymagających naprawy", to życze Panu powodzenia w tych wszystkich innych sprawach, ale ja pozostanę przy JOW. Podtrzymuje równiez swoje stanowisko oraz całej grupy JOW z Koszalina, że pan Kornel Morawiecki zawiódł nasze oczekiwania w sprawie promowania JOW w TV publicznej.
albert/
2010-06-30 10:18
Panie Profesorze,wszyscy znamy większe i znacznie bardziej demoralizujące marnotrawienie pieniędzy podatników. Wszak wszyscy łożymy na utrzymanie wszystkich partii zasiadających w sejmie i w tym wypadku można być naprawdę oburzonym,ponieważ dzieje się to bez zgody podatników. Nasza" elita polityczna" od lat bryluje w mediach,organizuje spektakle typu komisje śledcze , śniadania połączone z pleceniem głupot....itp.W tym wypadku koszty istotnie są ogromne. Koszt wystąpienia Kornela Morawieckiego w tym zestawieniu jest znikomy,mało istotny i nie aż tak wielki. Pewnie nie pokrywa się np.z jednomiesięcznym kosztem wynagrodzeń tzw. komitetu nadzorującego budowę stadionu we Wrocławiu a już na pewno z premiami wypłaconymi przez Donalda Tuska swoim wiernym urzędnikom. Przykłady można mnożyć... Odwołanie się do standardów wyborczych zawartych w jednomandatowych okręgach wyborczych jest słuszne ale przedwczesne.Nie mamy jeszcze wprowadzonych tych standardów ,skutki negatywne widoczne są wszędzie. Jednak ich jeszcze niestety nie ma. Dla wielu ludzi był to jedyny kandydat,który mówił o przyczynie a nie o skutkach,takich np.że nie mamy JOW i jestem przekonany o tym,że gdyby znowu nie głosowano przeciw Komorowskiemu to głosów byłoby dużo więcej. Jednak elektorat o zabarwieniu prawicowym często naiwnie wchodzi w alianse z ugrupowaniami powstałymi po 89 r. Wiadomo jak powstały ,i oczekuje gruszek na wierzbie. Dostanie tylko pozory,namiastki... ponieważ ich cała energia skupiona jest na utrzymaniu władzy i układu. Niewielu wyborców chce zrozumieć,że kompromis to klęska a głosowanie na ludzi którzy są przyczyną tego wszystkiego co złe w politycznym życiu kraju to przyzwolenie i akceptacja. Nazywamy to mniejszym złem. Nie wydaje mi się,żeby skutki kandydowania Kornela Morawieckiego były w przyszłości negatywne. Może nie będzie tak samo,ale czy było dobrze?Rozpatrywanie tego w tej kategorii nie do końca jest słuszne. Wszystkie nasze wielkie Powstania kończyły się klęską ale jednak dały impuls,nadzieje,zachowanie ginących wartości. Jeżeli jeszcze dodamy do tego,że udział w nich brało około 1% społeczeństwa to mamy tych" jednoprocentowych" Nasze działania z reguły oparte są na klęsce.
Anonim/
2010-06-29 17:44
z artylulu bije wielki zawod i marazm-typowy dla naszej nacji. W sumie prof. mial prawo startowac w wyborach. Jow do Sejmu w wyborach na prezydenta wiele nie zmieni.Problem lezy raczej w mentalnosci nas wyborcow.
albert/
2010-06-29 15:48
Witam Niestety też w całości nie przemawiają do mnie argumenty prof.Przystawy o bezcelowości kandydowania "demokratycznego tła".Na stronach kandydatów np.Kornela Morawieckiego padały wielokrotnie słowa o jednomandatowych okręgach wyborczych.Doskonale wiemy w jakim kraju przyszło nam żyć i jak tworzyła się scena polityczna.Pozdrawiamy gen.Kiszczaka.....ozięble. Wiemy również,że partie powstałe po okrągłym stole będą broniły swojej dominującej pozycji.Jednak to wcale nie znaczy,że nie trzeba próbować i choć na chwilkę przebić się przez medialną blokadę.Te ugrupowania polityczne które są,nie zmienią ordynacji wyborczej do sejmu i senatu na jednomandatowe okręgi wyborcze ale wcale to nieznaczy,że nie należy o to zabiegać różnymi metodami tak jak to czyni Pan od lat.To jednak ma sens mimo ,że również można się założyć o butelkę wina,że te polityczne ugrupowania nie zrobią reformy systemu wyborczego.Wszystkie środowiska prawicowe powinny próbować pokonać razem,mimo różnych ambicji,uprzedzeń układ z 1989 r. a nie realizować tylko swoje cele i zadania. Jeżeli np.na konferencje prasową w niepopularnej,"niepoprawnej politycznie" sprawie wysyła się zaproszenie do wszystkich mediów to jest pewne,że nie napiszą....Można to przewidzieć,jednak trzeba próbować
Radoslaw
2010-06-29 15:16
Witam, Po raz pierwszy mocno nie zgadzam sie z jednym stwierdzeniem przedstawionym w artykule prof. Przystawy. Po pierwsze nie uwazam ze udzial w wyborach nawet jesli jest sie skazana na przegrana jest zawsze przejawem narcyzmu. Przeciez byl kandydat Kornel Morawiecki ktory dostal znikoma ilosc glosow a jednak szanuje go. Podjal niesamowity wysilek pomimo braku mozliwosci wygranej. Wcale jednak nie przypisywal mu narcyzmu. Dzieki jego udziale gdy wpisuje sie w Google search, imie Kornel, automatycznie wyskakuje dopelnienie kornel morawiecki. W ten sposob buduje sie medialna obecnosc w najnowoczesniej medium jakim jest internet. W dodatku popieral on postulat JOW i gdyby tylko mial mozliwosc wystepowania w mediach mielibysmy szanse zobaczyc czy dotrzymalby slowa i wspomnial o JOW-ach. Przeciez wielu moze tez powiedziec ze JOW walczy z wiatrakami, ze skoro nie udalo sie wprowadzic JOW-u przez tyle lat to po co probowac? Czy nasza dzialalnosc to przejaw narcyzmu? Nie, po prostu zwyklej troski o Polske. Oczywiscie udzial w wyborach Pawlaka i tak slaby jego wynik niekoniecznie byl dobrym zagraniem politycznym, ale nie mozna wszystkim latac latki narcyzmu. Nawet u Pawlaka widzialem zadziwiajaco duzo razy troske o zwyklego czlowieka w jego dzialaniach. Jedynie byc moze JKM, ktory nie raz pomimo ciekawych pogladow robi z siebie i swoich pogladow posmiewisko zasluguje na taki epitet. W USA w duzej mierze dzieki internetowi ludzie mieli mozliwosc poznania kandydata na prezydenta Ron Paula. I mimo ze nie wygral nominacji ze strony Republicanow byl w stanie uruchomic coraz bardziej popularna Campaign for Liberty. Zamiast obrazac pana Kornela Morawieckiego jako narcystycznego 1% kandydata lepiej porozmawiac z nim, docenic jego wysilek, zakladajac ze podstawa jego dzialania byla troska o Polske i zaprosic do aktywnej dzialanosci w ruchu JOW. pozdrowienia, Radoslaw Szymanek

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
CAPTCHA
To jest test chroniący przed spamem.
Image CAPTCHA
Wpisz znaki pokazane na obrazku.